29 lipca 2012

Brzydka miłość-Jacek Getner

"Nie zależy mi na czasie ani na laurce". Dlaczego więc miałabym nie przystać na takową propozycję recenzji? Nie jestem wielką miłośniczką opowiadań, ale mam wrażenie, że to się rychło zmieni.
Pochłonęłam cały zbiór w jeden burzowy wieczór i jest mi mało.

Opowiadania są bardzo krótkie, zaledwie kilka stron każde, ale treściwe. Napisał je pan Getner, ale chyba przede wszystkim życie. Nie dajcie się zmylić tytułowi, nie są to tylko opowiadania o miłości. To wszystko to, co nas otacza, a czego często nie dostrzegamy. Współpracownicy, niekiedy kwalifikujący się do zakładu zamkniętego, sąsiedzi, pan spod śmietnika, szef, ...
Każdy ma swoją historię, która może stać się naszym udziałem, jeśli tylko jej wysłuchamy. Historie te są niekiedy tak zakręcone i niewiarygodne, że nawet najlepszy scenarzysta nie poszedłby tak daleko w swoich fantazjach.

Świetnie spędzony wieczór, chcę więcej i więcej. Cały czas myślę o dwóch opowiadaniach, które najbardziej wryły mi się w pamięć : jedno o rotmistrzu, wyjętym prosto ze zdjęcia z podręcznika historii, który pokazał francuskiemu biznesmenowi co oznacza honor (inna sprawa czy tamten zrozumiał), inne o brzydkiej miłości brzydkich ludzi z zespołem Downa, która, jakby się głębiej zastanowić, wcale taka brzydka nie była.

PS Pół żartem pół serio, dzisiaj mój przyjaciel powiedział mi, że mam więcej perypetii na koncie niż Uganda i powinnam gdzieś to spisać dla potomności. Dlaczego nie? Niech i inni się pośmieją i popłaczą ze mną, może o tym pomyślę.
Ciekawe czy pan Jacek Getner wpadłby na takie pomysły, bo czasami sama nie wierzę w to, co mi się przydarza :)

14 lipca 2012

Opowieści z kołyski - R.Green

3 lata temu przeczytałam część pierwszą matczynych przygód Lary Stone - "Notatki przyszłej matki". Potem szukałam w bibliotekach "Opowieści z kołyski", ale nie było ich, toteż zapomniałam o tym, a i opcja kupna odpadała z uwagi na mój koczowniczy tryb życia i postanowienie : kupuję tylko klasykę i książki, do których będę wielokrotnie wracać. Ostatnio jednak trafiłam na tę pozycję w jednej z wrocławskich filii i, po przypomnieniu sobie mojego wycia ze śmiechu przy części pierwszej, od razu ją wypożyczyłam.

Pierwsza część zakończyła się na tym jak Lara, z właściwą sobie wybuchową mieszanką emocjonalną, udała się na porodówkę. Część druga pomija sam moment porodu. A szkoda, bo to mogłoby być bardzo zabawne, biorąc pod uwagę jej specyficzną narrację. Początkowa faza macierzyństwa jest bardzo trudna dla Lary, która niespecjalnie przepada za swoją nowo narodzoną córką - Parker. Lepiej - oddałaby ją z powrotem, gdyby tylko miała jakiekolwiek pojęcie gdzie.
Nieprzespane noce, obrzmiałe od karmienia piersi, koniec jakichkolwiek wyjść. Z resztą jak tu wyjść, skoro i tak nie może wcisnąć się w jakiekolwiek ubrania sprzed ciąży i musi karmić córkę w każdej chwili, gdy w głośniku elektronicznej niani rozlega się "głos potępieńca".

W końcu, za radą przyjaciółki, Lara postanawia zatrudnić nianię, która miałaby ją choć trochę odciążyć w opiece nad Parker. Spodziewała się drugiej Mary Poppins, ale nic z tego. W drzwiach pojawiła się wielka jamajska kobieta - Deloris, która na domiar złego praktykuje coś na kształt wudu, je tylko zdrową żywność i, w opinii Lary, nie przepada za nią, gdyż uważa ją za złą matkę.
 Ona sama zaczyna się za taką uważać, zwłaszcza, że ma kontakt z innymi matkami na zajęciach "Mama i ja", na które uczęszcza z dzieckiem.
Jakby tego było mało, pewnego dnia w drzwiach staje jej dawno niewidziany ojciec ze wspaniałą nowiną - żeni się z byłą burdelmamą i, nie zważając na długi okres przebywania z dala od życia swojej córki, chce odbudować relacje z nią.

Jednym słowem - młyn. Młyn i ogromna porcja śmiechu.
Jeśli macie ochotę uśpić swój instynkt macierzyński i obrzydzić sobie posiadanie dzieci, zachęcam do przeczytania połowy tej książki. Myślę, że zadziała bez problemu :)

A na zachętę, mój ulubiony fragment :

"Jestem w połowie alejki z ryżem, poszukujący kaszy bulgur, kiedy dochodzi do mnie ostry zapach. Marszczę nos, rozglądając się wkoło.

A to co? Spoglądam na innych i widzę, że ich nosy także są zmarszczone. O, nie.

Mój wzrok wędruje do Parker siedzącej w swoim samochodowym foteliku, umocowanym z przodu sklepowego wózka. Schylam się i wącham jej pupę.

Fuuuuuujjjj.

OK. Natychmiast muszę jej zmienić pieluchę. Zwracam się do mężczyzny poprawiającego ułożone opakowania makaronu, z pytaniem, gdzie znajduje się toaleta, a on kieruje mnie na koniec sklepu, dokąd bez zwłoki się kieruję. Kidy dochodzę do drzwi, orientuję się, że wózek się w nich nie zmieści, rozpinam więc pasy i wyjmuję Parker z fotelika, obejmuje ją prawą ręką, a lewą wkładam pod pupkę, która jest bardzo, bardzo mięciutka i wilgotna.

Wchodzę do toalety - super, mają tu stół do zmieniania pieluch, taki rozkładany, mocowany na ścianie - i pociągam za rączkę. Stół opada, rozkładam na nim podkładkę do zmieniania pieluch marki Burberry. Uśmiecham się do siebie, okazuje się bowiem, że w tym zakresie zaczynam czuć się jak profesjonalistka. Kładę Parker i sięgam po torbę, kiedy zauważa, że mam ubrudzony rękaw. Przyglądam się temu z bliska, po czym odwracam rękę, żeby zobaczyć spodnią część.

Nie.

Cały rękaw w gównie. Jak to się stało? Podnoszę Parker i odwracam ją. W piersi czuję miarowy łomot. Boże. Calutkie plecy ma w kupie. Musiała przecieknąć górną strona pieluchy. Koszulka i część spodenek są brązowe i śmierdzą.

Biorę ją pod pachy, trzymając z dala od siebie i wybiegam z toalety, żeby sprawdzić fotelik: niestety. Stoję tak przez chwilę, oniemiała.

Nie mam bladego pojęcia, co robić.

OK. Spokojnie. Zastanówmy się.

Wracam do toalety, kładę Parker na podkładce i próbuję zebrać myśli.

Tak. Nasączone chusteczki. Potrzebuję chusteczek.

Sięgam do torby i wyciągam pudełko z chusteczkami, natychmiast je otwierając. W środku znajdują się dosłownie 2 sztuki, z których jedna jest całkowicie wyschnięta.

Zapomniałam uzupełnić chusteczki.

Wyciągam te ostatnią i staram się wytrzeć nim rękaw, ale kupka nie schodzi. Olać to. Zwijam rękaw, jak bardzo się da, mając nadzieję, że w ten sposób zapcha nie przeniknie na zewnątrz, a następnie rozbieram Parker. Oczywiście nie mam niczego na zmianę. Wiem, że powinnam zawsze mieć przy sobie zapasowa bluzeczkę oraz spodenki, na wypadek, gdyby przeciekła pieluszka lub gdyby mała zwymiotowała - albo gdyby na środku supermarketu zaskoczył nas potężny atak biegunki - ale ja po prostu nie jestem taka. Wszystkie mamunistki z moich zajęć noszą chusteczki, trzymają smoczki w specjalnych pojemniczkach, żeby się nie pobrudziły, w specjalnych przegródkach noszą maść wysuszającą, dziecięce nożyczki do paznokci, płyn do przemywania, dodatkowe pieluchy, body na zmianę i lekarstwa, których wystarczyłby na wypadek niewielkiej epidemii trądu. Ale ja zwyczajnie nie jestem kobietą z odpowiednio wyposażoną dziecięcą torbą na pieluchy. w mojej torbie znajdziesz raczej butelki z wyhodowana pleśnią, ponieważ zapomniałam je wyciągnąć i wymyć. I dlatego wpadam teraz w panikę.

Grzebię gorączkowo w torbie, szukając pieluch.

'Boże błagam, niech tu będzie jakaś pielucha. Proszę, pielucha, musi tu być'. Znajduje w końcu jedną, starą i pogniecioną, leżącą na dnie torby.

'Dzięki ci, Boże'

Rozbieram Parker i wkładam ubranie do umywalki, a potem zaczynam obmywać ją brązowymi, papierowymi ręcznikami, które znajdują się w pudle na ścianie. Warto wspomnieć, że nie mam pojęcia, co z nią zrobię, jak skończę. Nie mam nawet kocyka, ponieważ nie posłuchałam rady Susan, żeby zawsze mieć przy sobie kocyk. Ale tym zajmę się, kiedy nadejdzie czas. Teraz muszę umyć córce plecy.

Po zużyciu około 25 papierowych ręczników na Parker nie zostaje ani śladu kupy. Zakładam jej pieluchę, brudne ubranie owijając kolejnymi brązowymi ręcznikami i upychając je na dnie torby.

No tak, to dlatego mamunistki zawsze maja przy sobie pusty worek. Jeszcze jedna zagadka rozwiązana.

Podnoszę Parker, która ma na sobie tylko pieluchę, łapię jeszcze garść ręczników i wychodzę z toalety, wracając do naszego cuchnącego fotelika.

- Parker, Parker - szepcze do niej. - Nie mogłaś z tym poczekać, aż wrócimy do domu?

Patrzy na mnie i piszczy..."

29 czerwca 2012

W dżungli życia-B. Pawlikowska

Jak pamiętacie "W dżungli niepewności" niespecjalnie mi się podobała. Postanowiłam zajrzeć do kolejnego poradnika pani Beaty. I bardzo dobrze !

Pomysł na książkę zrodził się z listów czytelników do Beaty Pawlikowskiej na stronie oliwkowo.pl. Zdała sobie sprawę jak wiele osób zgubiło się gdzieś w tytułowej dżungli życia, tak jak ona niegdyś.

Książka podzielona jest na 44 rozdziały, w których autorka porusza bardzo wiele spraw, takich jak : alkohol, papierosy, anoreksja, bulimia, samobójstwo, diety, wybór życiowej drogi (studia), priorytety, marzenia, samorealizacja. Nie jest to czcze gadanie, bo wszystkim tym problemom i dylematom autorka musiała stawić czoła sama.
To nie jest kolejny psychologiczny poradnik  o tym jak być szczęśliwym.  To autobiograficzny zapis wędrówki w kierunku zrozumienia siebie i tego, co w życiu najważniejsze. Wędrówka pani Beaty trwała długo i nie była najprostsza, ale w końcu nadszedł ten etap, w którym znalazła swojego najlepszego przyjaciela- siebie i osiągnęła pełną harmonię.
"Właściwie jest to książka podróżnicza, bo opowiada o mojej najdłuższej podróży- przez życie"

Niesamowicie motywująca książka. Przecież podobno każdy z nas wie, że nasze sukcesy zależą od nas samych, że nie powinniśmy uzależniać swojego życia od innych, że tylko ciężką pracą możemy spełnić swoje marzenia.
Czy na pewno? Listy czytelników oliwkowo.pl, posty na rozmaitych forach i ludzie z naszego otoczenia to najlepszy dowód, że czasami potrzeba nam kubła zimnej wody, aby zrozumieć tak proste z pozoru rzeczy.
Spotkałam się z recenzjami, w których padają opinie, że książka jest infantylna, pełna żalu 15- latki, której "nikt nie powiedział, że..." i pełna durnych porad o tym, że papierosy i alkohol szkodzą. Jeśli te porady są infantylne to skąd kolejki w poradniach psychologicznych, wypełnionych ludźmi z depresją, skąd szpitale pełne anorektyczek, skąd tylu alkoholików? Przecież podobno to takie oczywiste. Warto zrozumieć, że nie dla każdego, więc nawet jeśli jedna młoda osoba po przeczytaniu książki dostrzeże te, z pozoru oczywiste rzeczy, to oznacza,że było warto.

 Polecam serdecznie tę pozycję nie tylko osobom zagubionym, ale także takim leniom jak ja, którym łatwo jest usprawiedliwiać swój brak aktywności w jakiejkolwiek dziedzinie pracą/brakiem czasu/pieniędzy/predyspozycji* zamiast po prostu wziąć się w garść i DZIAŁAĆ.

*niepotrzebne skreślić

29 maja 2012

W dżungli niepewności - B. Pawlikowska

O tym, że Beatę Pawlikowską wprost uwielbiam nie muszę chyba pisać, ale ta książka totalnie nie przypadła mi do gustu. Jako, że w dietetykę "bawię się" od paru ładnych lat, chętnie czytam wszystko, co porusza tę tematykę, przede wszystkim od strony psychicznej.

Książka to zapis rozmów 20-kulku letniej Moniki  i autorki. Dotyka problemów zaburzeń odżywiania, ale przede wszystkim braku samoakceptacji. No i co z tego, skoro pani Beata dzieliła się swoimi doświadczeniami i masą motywujących porad, a Monika (szalenie irytująca mnie Monika!) jednego dnia pisała "Szamanko, teraz wszystko rozumiem, jestem panią swojego życia", a już w następnym mailu pisała, że nienawidzi go i jest słaba. Wszystko to oczywiście po to, by w kolejnym mailu napisać, że może wszystko i będzie nad sobą panować i zmienić zdanie w jeszcze następnym.
Pomijając tę, nadmiernie mnie denerwującą postać, totalnie nie odpowiadała mi konwencja książki, wydanej w formie maili. Strasznie ciężko się to czytało, zwłaszcza, że przy mailach nie było podanych dat i nie wiemy jak szybko moja ukochana bohaterka zmieniała swoje stany psychiczne.

Powiecie, że nie zdaję sobie sprawy jak trudno jest żyć z zaburzeniami odżywiania i nie rozumiem Moniki. Otóż, doskonale zdaję sobie sprawę, lepiej niż mogłoby się to wydawać. Być może ja też jestem tak irytująca, tego nie wiem, bo na szczęście nie widziałam siebie z boku :)

Spróbuję zrobić jeszcze podejście do "W dżungli życia", bo z kilku fragmentów "W dżungli niepewności" wywnioskowałam, że może to być naprawdę wartościowa książka. Tej, opisywanej dziś, nie polecam, chyba, że macie anielską cierpliwość.

15 maja 2012

Faktotum - Ch. Bukowski

Faktotum to opowieść o marnym, z punktu widzenia przeciętnego śmiertelnika, żywocie Henry'ego Chinaskiego. Włóczy się po kolejnych miastach w USA, pracę zmienia średnio raz w tygodniu, ale nie przejmuje się tym, bo na sikacza zawsze starczy. Wynajmuje obskurne pokoje za kilkanaście dolarów, gdzie po paru głębszych z łatwością pisze opowiadania, które potem wysyła do gazet i które nie zostają nigdy opublikowane. Kobiety? Jak najbardziej, jakaś zawsze się kręci, ale nie na dłużej. No, może poza jedną, która świetnie nadaje się do kielicha i do łóżka, ale pójście w tango z innym nie stanowi dla niej najmniejszego problemu.
I tak dzień za dniem, tydzień za tygodniem, przemija sobie życie alter ego autora. Poznajemy tylko jego urywki, opisane niczym klatki z filmu, ale jednak układające się w spójną całość.
Pomyślicie, że to opowieść o codzienności pijaczyny, ale nie - to wiele przemyśleń o życiu, samotności, ambicjach i oczekiwaniach społecznych, napisanych prostym i bardzo dobitnym językiem, dzięki któremu książki się nie czyta, ale pochłania. Lektura ta jest mi bliska pewnie także dlatego, że, mimo, że mam stałą pracę i dość uporządkowane, choć cygańskie życie na walizkach, moja wizja świata niewiele różni się od tego, co widzi i czuje Chinaski :
„Byłem człowiekiem, któremu świetnie służy samotność. Rozkwitałem dzięki niej, a jej brak był dla mnie czymś tak uciążliwym jak dla innych brak wody czy pożywienia. Każdy dzień w którym nie było mi dane jej zaznać, osłabiał mnie. Nie traktowałem tego jako powodu do dumy; raczej jako formę uzależnienia.”

8 maja 2012

Ojciec chrzestny - M.Puzo

Jak zwykle z dużym opóźnieniem, dołączyłam do grona czytelników, którzy poznali to, co stało się już klasykiem literatury i kinematografii, a mianowicie "Ojca chrzestnego".  Opóźnienie spowodowane tym, że ani gangsterka ani mafia nie interesują mnie specjalnie, a właśnie taki ogólny obraz tej książki stworzyłam sobie w głowie. I, delikatnie mówiąc, lekko minęłam się z prawdą.

Druga połowa lat 40-tych XX wieku, USA. Poznajemy rodzinę Corleone - jedną z sześciu wielkich rodzin mafijnych, działających w Nowym Jorku. Jej założyciej - doin Vito Corleone ma 4 dzieci : raptusa Sonny'ego, trochę nieudolnego Freddiego, córkę Connie oraz syna Michaela, który chce mieć jak najmniej wspólnego z interesami swojej familii. Po II wojnie światowej rodzina Corleone jest najpotężniejszym z nowojorskich klanów, jednak jej pozycja zostaje zachwiana po próbie zabójstwa dona Corleone, spowodowanej jego odmową w uczestnictwie w handlu narkotykami, którymi nie chciał się parać.
Gdy ten powoli dochodzi do zdrowia, jego rolę przejmuje porywczy Santino "Sonny", który zamiast chłodnego osądu wybiera ślepą chęć pomszczenia ojca, co wcale nie pomaga rozwiązać napiętej sytuacji i doprowadza do wojny między Rodzinami, ale nie tylko między nimi, bowiem siatka przyjaciół wielkiego dona Corleone sięga daleko poza Rodzinę, a nawet daleko poza Nowy Jork. Przyjaciół zdobywa, wyświadczając im drobne lub większe przysługi i odbierając dług (bynajmniej nie pieniężny) w najbardziej odpowiednim dla siebie momencie, wiedząc, że żaden z lojalnych dłużników nie śmie mu odmówić w obawie przed jego potęgą (w końcu jest specjalistą od składania "propozycji nie do odrzucenia"), a także z powodu wielkiej lojalności wobec niego.

Nie sposób omówić, choćby ogólnie, fabuły, gdyż jest ona tak wielowątkowa, że nikt nie zdołałby doczytać tego postu do końca. Poznajemy nie tylko dona i jego przeszłość, ale także każdego z członków rodziny - jego dzieci ( tu szczególnie warto zwrócić uwagę na zmianę postawy Michaela, który okazuje się być wielką podporą dla Rodziny w kryzysie), Toma Hagena - doradcę (consigliori) dona, jego dwóch caporegime - Clemenzę i Tessia oraz drugie połówki jego dzieci (Kay Adams i Carla Rizziego), a każda postać przedstawiona jest w sposób niezwykle barwny i dokładny.

Mogę z czystym sumieniem polecić tę świetną książkę, zwłaszcza jeśli nadal znajdujecie się w błędzie i sądzicie, że to męska książka o dziwkach i narkotykach oraz gangsterskich porachunkach. To zdecydowanie coś więcej, to opowieść o tym jak wielka jest siła rodziny, przyjaźni, o tym co to honor i lojalność i o tym, że "Za każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia", jak głosi motto tej książki, myśl Balzaca.




24 kwietnia 2012

Piramida - H. Mankell i 3 lata bloga

Na wstępie chciałam powiedzieć, że żyję i mam się dobrze. Moja dwumiesięczna nieobecność bynajmniej nie była spowodowana brakiem przeczytanych książek. Wręcz przeciwnie - przeczytałam ich bardzo dużo, ale problem pojawiał się w momencie otwarcia edytora tekstowego - słowa jakoś nie przechodziły przez palce.
I tak z każdą kolejną książką. Cóż, chyba muszę zacząć, żeby sytuacja uległa zmianie i abym nie straciła serca do blogowania, bo właśnie w kwietniu mijają 3 lata, odkąd jestem w czytelniczej społeczności :)





Propozycję recenzji Piramidy otrzymałam od Biblioteki akustycznej. Skusiło tylko nazwisko Mankella, bo nie jestem fanką audiobooków, a opowiadań tym bardziej.
Na szczęście te teksty były o tyle długie, że mogłam spokojnie podążać za akcją.

W zbiorze opowiadań Piramida Mankell przedstawia nam młodzieńcze lata Kurta Wallandera - jego początki pracy w policji, poznanie Mony i narodziny jego córki Lindy, która w późniejszych powieściach jest już dorosłą kobietą. Bardzo dobry pomysł, jednak to mi nie wystarczyło.
Opowiadania nie porywają jakoś szczególnie pod względem zagadek kryminalnych, jednak co powieść to powieść. Mankell nie zawiódł jednak w jednej rzeczy, za którą tak go uwielbiam - w barwnych opisach przeżyć i rozmyślań bohatera.

Przeszkodą dla mnie była forma audio. Myślałam, że to dobry pomysł, bo nie zawsze znajduję miejsce w autobusie, a jednak przez godzinę przebijania się przez miasto warto coś robić. Nie wiem czy to głos pana Filipowicza, czy samo nagranie było tak ciche, ale przy większym szmerze nic już nie słyszałam, więc w zasadzie podczas jazdy autobusem, czy chodzenia w pobliżu ulicy o odsłuchu nie było mowy. A w domu nic nie stoi na przeszkodzie, by czytać książki w formie papierowej.
Nawet zmiana słuchawek niewiele pomogła.

Reasumując, warto przeczytać, żeby mieć pełny obraz osoby Wallandera, którego pokochało wiele osób na całym świecie, ale formę audio raczej sobie odpuszczę.