4 sierpnia 2011

Śniadanie u Tiffany'ego


Jak nigdy, najpierw obejrzałam film z moją ukochaną aktorką Audrey Hepburn, a dopiero potem sięgnęłam po książkę. To spowodowało, że czytając o postaci Holly Golightly, cały czas miałam przed oczami Audrey, która niczym nie przypominała chłopczycy z krótkimi włosami. No, może figurą.

Sama fabuła książki rożni się w kilku miejscach od filmu, jednak jest równie przyjemna w odbiorze. Mam jednak wrażenie, że samą postać Holly odebrałam lepiej w filmie, niż w książce. Narratorem u Capote'a jest sąsiad Holly i przez to możemy się dowiedzieć o tej postaci tyle, ile zdradziła jemu. Nie muszę zapewne opisywać co i jak, kto z kim, bo większość z Was zna bądź film, bądź książkę.
Ciężko ocenić ją jednoznacznie po obejrzeniu tak doskonałego filmu z najpiękniejszą kobietą, jaką znam. Mam wrażenie, że gdyby nie ekranizacja, mogłabym dość szybko o niej zapomnieć, ale to już nie będzie możliwe, bo widziałam ja wieeele razy.

4 komentarze:

archer pisze...

a wiesz, że nie widziałam tego filmu ani nie czytałam książki :) chyba muszę nadrobić zaległości

Inulec pisze...

ja podobnie - nie widziałam filmu ani nie czytałam książki - przynajmniej jak do tej pory :)

Linka pisze...

Właśnie jestem w trakcie czytania książki i niedługo na pewno podzielę się wrażeniami ;) Filmu nie widziałam...

aniak pisze...

już jakiś czas przymierzam się do kupienia i przeczytania książki, o której słyszalam, że przedstawia glówną postać trochę inaczej niż film, który oglądałam już z milion razy :)

Prześlij komentarz